niedziela, 16 grudnia 2007

God save the Vinyl

W drugiej klasie liceum moja działalność zbieracko - kolekcjonerska osiągnęła etap wymagający zaopatrzenia się w cud techniki jakim jest adapter. Uznałem bowiem, że wypadałoby zdobyć kilka wydawnictw, które kilkanaście lat wcześniej ukazały się na płycie winylowej i do dziś nie doczekały się kompaktowej reedycji. Żeby było zabawniej, w pierwszej kolejności wybrałem się do warszawskiego sklepu Hey Joe, który specjalizuje się w tego typu nośnikach i nabyłem kilka albumów. Nie pamiętam już dokładnie jakie to były tytuły, ale zdaje się, że była wśród nich składanka Gdańskiej Sceny Alternatywnej pt. "Gdynia" i debiutancki longlay Dead Kennedys. Potem dopiero zacząłem rozglądać się za odpowiednim odtwarzaczem. I tu pojawiły się pierwsze problemy. Kolega sprezentował mi wysłużony patefon marki "Artur", który miał popsuty potencjometr, przez co płyta nie osiągała wymaganej liczby 33 i 1/3 bądź 45 obrotów. Do tego dochodziły kłopoty ze wzmacniaczem (odbierała tylko jedna kolumna). Ale Igor się nie poddawał i jego kolekcja rosła z dnia na dzień (spora w tym zasługa Allegro). Pewnego pięknego dnia zawarłem transakcję z tym samym kumplem. Oddałem mu swoją drukarkę, w zamian za co otrzymałem zawodowy niemiecki adapter Uher wraz ze wzmacniaczem i kolumnami. To pozwoliło mi skoncentrować się na samych płytach.
W opinii większości płyta winylowa jest reliktem minionej epoki i nie warto zawracać sobie nią głowy. Tymczasem winyl kilka lat temu powrócił do łask, zwłaszcza w środowiskach niezależnych. Kwitną małe wytwórnie, natomiast niektóre formacje wydają swe nagrania tylko w takim formacie (na przykład łódzka Homomilitia). Nie muszę chyba dodawać, że płyta winylowa ma duszę i niepowtarzalny klimat, zaś jej brzmienie często jest nieporównywalnie lepsze niż masowo sprzedawanych kompaktów. Również charakterystyczne trzaski mają swój urok. Duże przejrzyste okładki często są klasą samą w sobie. Do wielu tytułów dodawane są plakaty. Sam winyl przybiera dziś różnorodne barwy. Czarne niegdyś krążki bywają dziś białe, przezroczyste,czerwone i pomarańczowe (takie mam w swoich zbiorach). Słyszałem też o żołtych i niebieskich, że nie wspomnę o kolekcjonerskich picture discach.
Moje zasoby liczą dziś około 70 albumów długogrających i 20 singli. Nie jest to może imponująca liczba, ale ciągle się powiększa. Zresztą są wśród nich cenne "perełki" takie jak "Kolaboracja" Dezertera wydana przez KP Razem w limitowanym nakładzie z ocenzurowaną okładką i "pikami" w miejscu antysystemowych haseł, czy kompilacja "Victim of safety pin" wydana w Kanadzie przez wspomnianego wcześniej kolegę Jasona w nakładzie 1049 egzemplarzy. Dysponuję też sporą reprezentacją zespołów fińskich, ale o tym już pisałem, więc może na tym zakończę swój wywód.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Ja tak z innej beczki. A słyszałeś może Savage Republic?
http://www.myspace.com/savagerepublic

igorowski pisze...

Nie,pierwsze słyszę...Ale jeśli faktycznie inspirują się dokonaniami Wire, to muszą być nieźli.

Anonimowy pisze...

Trudno jednoznacznie wskazać inspirację, bo i punk tam pobrzmiewa i Joy Division i generalnie cold wave i No Means No. To moje wrażenia przynajmniej. ;)Dużo ciekawej muzyki, moim zdaniem. Będą w Polsce 30 stycznia we Wrocławiu.

igorowski pisze...

Wrocław-lokalizacja dobra, biorąc pod uwagę, że tam studiuję. Gorzej z terminem,bo wtedy startuje sesyja;))