poniedziałek, 29 czerwca 2009

You were made to suffer, you were born to die

No cóż, za namową Arturro ( http://stilon-c60.blogspot.com ) postanowiłem reaktywować przesięwzięcie górnolotnie nazywane blogiem. Na jak długo? Tego nie wie nikt.
Ale do rzeczy. Od ładnych kilku mięsięcy mam wielką jazdę na wczesne Napalm Death. W sumie dość dziwny to zespół, w którego składzie nie ma ani jednego oryginalnego członka. Ba, mało tego, nie ma nawet nikogo, kto brałby udział w nagrywaniu debiutanckiego albumu "Scum" z '87 roku.
Już ten czynnik działał na mnie z początku odstraszająco, bo jakoś nie rajcują mnie kapele, które średnio co trzy miesiące wymianiają pół składu;))
Jednak zdecydowanie bardziej odstraszał mnie fakt, że ich muzykę określano mianem death metalu, z którym nie jest mi specjalnie po drodze.
Dlatego też dotarłem do nich okrężną drogą, za pośrednictwem Extreme Noise Terror i Doom. I co się raptem okazało? Że "Scum" jest genialny! Abstrahując od tekstów będących lewicującymi manifestami w rodzaju "Multinational corporations", zawarta na nim muzyka (jeśli można to tak nazwać, hehe ) powala. Totalny chaos, jazgot i agresja, czyli coś co Wojtek Orliński określił niegdyś mianem "wykurwu", a inni - grind core'u;)) Generalnie jednak bardziej odpowiada mi strona A z Bullenem na wokalu, którego łatwiej jest zrozumieć. Choć skład ze strony B (w nagraniu obu części brał udział jedynie bębniarz Mick Harris) też daje radę, co potwierdza kolejny album "From enslavement to obliteration". I na tym crustowo-grindowym etapie się zatrzymałem.
Po dołączeniu trzeciego z kolei wokalisty, Barneya (wyglądającego niczym członek Iron Maiden) chyba faktycznie poszli w stronę metalu. Szkoda...

Przy okazji pozwolę sobie na małe ogłoszenie parafialne. Gdyby tak ktoś miał na sprzedaż jakiś egzemplarz "Scum" na winylu, to proszę o kontakt;))

niedziela, 20 stycznia 2008

Bromberg Über Alles

Mam sentyment do Bydgoszczy. Po pierwsze, to piękne miasto ( czego jego mieszkańcy zdają się nie zauważać). Po drugie, mam rodzinę w tamtych okolicach i spędziłem tam wiele miłych chwil. A po trzecie i najważniejsze, z Bydgoszczy wywodzi się kilka wysoce cenionych przeze ze mnie grup. Należy do nich z pewnością powstały w 1983 roku Abaddon, który jako jeden z pierwszych polskich zespołów wykonywał hardcore punk inspirowany dokonaniami Discharge. Chłopaki występowali na FMR w Jarocinie w latach 83-85. W 1985 roku ukazał się ich debiutancki album "Wet za wet". Ciekawostką jest, że materiał został nagrany w Jugosławii, a wydany jedynie we Francji przez tamtejszą wytwórnię "New wave". W Polsce był to niedostępny rarytas. Dziś ceny winylowego egzemplarza "We za wet" dochodzą na Allegro do 300 zł. Na szczęście w 2000 roku ukazała się kompaktowa reedycja, którą można nabyć po znacznie niższej cenie. Abaddon zakończył działalność w 1987 roku, aczkolwiek reaktywował się po trzynastu latach, by nagrać płytę "Godzina krzywd" i znów się rozwiązać.
Drugim niezwykle ważnym i zasłużonym bydgoskim zespołem jest kierowane przez Grzegorza Kaźmierczaka Variete. Grupa, pomimo wielu zawirowań i przeciwności losu, istnieje do dziś. A problemów nie było mało. Za przykład niech posłuży fakt, że materiał na debiutancką płytę zatytułowaną po prostu "Bydgoszcz" zrealizowany w 1985 roku, trafił na półki sklepowe po 17 latach...Otóż, gdy wszystko było gotowe do wydania albumu, nieznani sprawcy ukradli z samochodu zespołu taśmę - matkę, której nota bene nie znaleziono do dziś. Zachowały się jedynie kopie. Dopiero w 2002 roku przedstawiciele Furia Musica zdecydowali się oczyścić jedną z nich i wydać na cd. Tak więc jako pierwsza ujrzała światło dzienne płyta "Variete" z 1993 roku.
Variete słynie z intrygującej i posępnej muzyki, a przede wszystkim z doskonałych textów Kaźmierczaka (http://www.kazmierczak.serpent.pl/).
Ostatnią formacją, o której chcę wspomnieć jest Kompania Karna. Najmniej znani spośród opisywanej trójki, byli aktywni pod koniec lat 80. i grali szybki hc/punk. Dorobili się kilku kaset demo, spośród których na uwagę zasługuje "Dlaczego tak wiele nienawiści". Na gruzach Kompanii Karnej powstała słynna tu i ówdzie Schizma.

niedziela, 13 stycznia 2008

Walące się nowe budownictwo

Nareszcie zapoznałem się z twórczością Einstürzende Neubauten. Wiele razy słyszałem bardzo entuzjastyczne opinie na temat tej niemieckiej formacji kierowanej przez charyzmatycznego Blixę. Jednak dopiero wczoraj udało mi się wejść w posiadanie ich debiutanckiego albumu pt. "Kollaps" z 1981 r. Einstürzende Neubauten to pionierzy industrialu. 25 lat temu generowane przez nich dźwięki były czymś absolutnie nowatorskim i oryginalnym. W swych nagraniach, oprócz gitar, stosowali między innymi wiertarki i szlifierki. Zamiast w bębny uderzali w blaszane beczki, kanistry, rury i inne żelastwa. Innym razem w ich utworach usłyszeć można odgłos bulgoczącej wody, tłuczonego szkła, czy uderzania ręką w surowe mięso. Wszystko to nagrywano techniką analogową, bez użycia samplerów i komputera ( te pojawiły się później). Każdy bodziec generowano w naturalny sposób.
W efekcie powstawała muzyka ( o ile można to tak nawzwać) pozbawiona jakiejkolwiek melodii, za to hałaśliwa, jazgotliwa i niezwykle transowa, z która idealnie współgrał niemieckojęzyczny wokal Blixy. Rewelacja dla wszystkich lubujących się eksperymentach.
Oto próbka możliwości zespołu:
http://www.youtube.com/watch?v=wCX6KvfIovU

niedziela, 6 stycznia 2008

Kto najlepiej gra na wieśle?

Wygląda na to, że mój blog (jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało) wejdzie w nowy rok kolejnym rankingiem. Tym razem na celowniku znaleźli się gitarzyści. Od razu zaznaczam, że lista jest wybitnie subiektywna. Nie rajcują mnie żadni wirtuozi, tworzący półgodzinne solówy niczym Jimmy Page. Ważniejsze jest dla mnie samo brzmienie gitary i klimat, jaki ona buduje.

1. B.C. Gilbert - najstarszy z całego towarzystwa, urodzony w 1946 roku. W mojej opinii najlepszy wioślarz w historii. Brzmienie jego gitary i wokal Colina Newmana były znakiem rozpoznawczym arcymistrzów post punka - Wire. Gilbert był najbardziej postępowym muzykiem w Wire i to właśnie on kierował grupę w stronę eksperymentów. O ile debiutancki album "Pink Flag" z 1977 roku charakteryzował się cudowną prostotą i dynamiką (posłuchajcie "Ex lion tamer" i "12XU"), o tyle "Chairs missing" i zwłaszcza "154" były efektem poszukiwań i eksperymentów z dźwiękami (np. "Used to" i "Touching display") i stanowią kwintesencję tego, co dziś nazywamy post punkiem.

2. Keith Levene - współzałożyciel i filar Public Image Limited w latach 1978-83. To z jego udziałem John Lydon (lider PiL) zrealizował swe najlepsze dzieła z "First issue" i "Metal box" na czele. Levene jest autorem słynnego metalicznego brzmienia (nie mylić z metalowym!) gitary obecnego na dwóch pierwszych albumach grupy, najbardziej uwydatnionego w takich utworach jak "Theme" i "Public Image". W podobny sposób grał wówczas gitarzysta Siouxsie and the Banshees John Mckay (płyty "The Scream" i "Join Hands").

3. Daniel Ash - o ile pozostałe zespoły nurtu post punk/cold wave koncentrowały się głównie na rytmicznym brzmieniu bębnów i basu pozostawiając gitarę gdzieś w tle, o tyle w Bauhausie pełniła ona niezwykle istotną rolę, właśnie za sprawą Asha. Nadał on jej odpowiedni surowy i brudny dźwięk nawiązujący do estetyki punkowej i w sam raz pasujący do stylistyki grupy. No i ten image...

4. Andy Gill - to co, co czynił z sześcioma strunami na debiutanckim albumie Gang of Four "Entertainment" jest klasą samą w sobie. Jego partie były zgrzytliwe i hałaśliwe, pojawiały się i znikały w najmniej oczekiwanej chwili. Metoda ta znalazła wielu naśladowców. Dość powiedzieć, że twórczością Gang of four inspirowali sie Red Hot Chilli Peppers, R.E.M., czy Klaus Mitffoch.

5. Tony "Bones" Roberts - oryginalny gitarzysta Discharge. Jego brutalna, apokaliptyczna i piekielnie szybka gitara tworzyła ścianę dźwięku, która powinna być wzorcem Hardcore'a.
(Posłuchajcie "Protest and survive" lub "The possibility of life's destruction"). W podobnie uroczy sposób swój instrument katował Perry z Riistetyt na albumie "As a prisoner of state"

6. Tomasz Adamski - legendarny brodaty gitarzysta, tekściarz i lider Siekiery. Jego technika polegała na tym, że używał tylko dwóch strun. Efekt piorunujący.

niedziela, 30 grudnia 2007

Punkowe dziewczęta;)

Punk rock (i jego odgałęzienia), podobnie zresztą jak inne gatunki muzyczne, jest raczej domeną mężczyzn. O ile od czasu do czasu pojawi się formacja z kobiecym wokalem, o tyle instrumentalistki są już wielką rzadkością. Nie będę się tutaj rozwodził nad przyczynami takiego stanu rzeczy (głównie dlatego, że ich nie znam), za to postaram się przedstawić kilka dziewcząt, które sporo namieszały w punkowym światku...
Zacząć należałoby od niekwestionowanej królowej nurtu post-punk, czyli Siouxsie Sioux. Po raz pierwszy zasłynęła jako członkini Bromley Contingent skupiającego zagorzałych fanów The Sex Pistols, w szeregach którego znalazł się również Steve Severin i Billy Idol. W grudniu 1976 roku Bromley Contingent pojawił się wraz z Pistolsami w programie telewizyjnym Billa Grundy'ego, podczas którego z ust gitarzysty Steve'a Jonesa, bodaj po raz pierwszy w dziejach brytyjskiej tv, padło słowo "shit". W tym samym roku, Siouxsie wraz ze Stevem Severinem powołała do życia formację Siouxsie and The Banshees, która okazała się jednym z najwybitniejszych przedstawicieli postpunkowo - falowego grania. W 1979 roku zespół zasilił perkusista Budgie grający wcześniej w The Slits, gdzie był jedynym mężczyzną w składzie. Można zatem powiedzieć, że The Slits był pierwszym dziewczęcym zespołym punkowym w historii.

Mniej więcej w tym samym czasie swe najlepsze dni przeżywali The Adverts, których znakiem rozpoznawczym była basistka Gaye Advert, a także X-ray spex z pełną charyzmy nastoletnią Polly Styrene i saksofonistką Lorą Logic.

Wspomnieć należałoby też u urodziwej Debbie Harry z Blondie - ikony amerykańskiej new wave.

W 1980 roku, po samobójczej śmierci Iana Curtisa, pozostali muzycy Joy Division zakładają New Order. Po kilku miesiącach dołączy do nich grająca na klawiszach i gitarze Gilian Gilbert.
W pewnym momencie w amerykańskim Black Flag pojawiła się basistka Kira Roessler.
Gdy w 1986 roku Andrew Eldritch po raz kolejny reformował skład Sisters of Mercy, zaprosił on do współpracy basistkę Patricię Morrison, która odcisnęła spore piętno na albumie "Floodland" z 1987 roku. Mówi się, że Patricia przekonała do siebie Eldritcha... swą fryzurą. Dziś Patricia jest żoną Dave'a Vaniana z legendarnych The Damned i sama szarpie za cztery struny w tejże grupie.
Współcześnie, dużo kobiet udziela się w formacjach crust punkowych, głoszących hasła równouprawnienia płci, walką z dyskryminacją kobiet, etc. Przykładem może być kanadyjski Ballast, w składzie którego znalazły wokalistka i basistka, którcy tożsamości nie pamiętam ;))



Siouxsie


Patricia (na pierwszym planie Andrew Eldritch)



Polly w akcji


Gaye Advert

niedziela, 16 grudnia 2007

God save the Vinyl

W drugiej klasie liceum moja działalność zbieracko - kolekcjonerska osiągnęła etap wymagający zaopatrzenia się w cud techniki jakim jest adapter. Uznałem bowiem, że wypadałoby zdobyć kilka wydawnictw, które kilkanaście lat wcześniej ukazały się na płycie winylowej i do dziś nie doczekały się kompaktowej reedycji. Żeby było zabawniej, w pierwszej kolejności wybrałem się do warszawskiego sklepu Hey Joe, który specjalizuje się w tego typu nośnikach i nabyłem kilka albumów. Nie pamiętam już dokładnie jakie to były tytuły, ale zdaje się, że była wśród nich składanka Gdańskiej Sceny Alternatywnej pt. "Gdynia" i debiutancki longlay Dead Kennedys. Potem dopiero zacząłem rozglądać się za odpowiednim odtwarzaczem. I tu pojawiły się pierwsze problemy. Kolega sprezentował mi wysłużony patefon marki "Artur", który miał popsuty potencjometr, przez co płyta nie osiągała wymaganej liczby 33 i 1/3 bądź 45 obrotów. Do tego dochodziły kłopoty ze wzmacniaczem (odbierała tylko jedna kolumna). Ale Igor się nie poddawał i jego kolekcja rosła z dnia na dzień (spora w tym zasługa Allegro). Pewnego pięknego dnia zawarłem transakcję z tym samym kumplem. Oddałem mu swoją drukarkę, w zamian za co otrzymałem zawodowy niemiecki adapter Uher wraz ze wzmacniaczem i kolumnami. To pozwoliło mi skoncentrować się na samych płytach.
W opinii większości płyta winylowa jest reliktem minionej epoki i nie warto zawracać sobie nią głowy. Tymczasem winyl kilka lat temu powrócił do łask, zwłaszcza w środowiskach niezależnych. Kwitną małe wytwórnie, natomiast niektóre formacje wydają swe nagrania tylko w takim formacie (na przykład łódzka Homomilitia). Nie muszę chyba dodawać, że płyta winylowa ma duszę i niepowtarzalny klimat, zaś jej brzmienie często jest nieporównywalnie lepsze niż masowo sprzedawanych kompaktów. Również charakterystyczne trzaski mają swój urok. Duże przejrzyste okładki często są klasą samą w sobie. Do wielu tytułów dodawane są plakaty. Sam winyl przybiera dziś różnorodne barwy. Czarne niegdyś krążki bywają dziś białe, przezroczyste,czerwone i pomarańczowe (takie mam w swoich zbiorach). Słyszałem też o żołtych i niebieskich, że nie wspomnę o kolekcjonerskich picture discach.
Moje zasoby liczą dziś około 70 albumów długogrających i 20 singli. Nie jest to może imponująca liczba, ale ciągle się powiększa. Zresztą są wśród nich cenne "perełki" takie jak "Kolaboracja" Dezertera wydana przez KP Razem w limitowanym nakładzie z ocenzurowaną okładką i "pikami" w miejscu antysystemowych haseł, czy kompilacja "Victim of safety pin" wydana w Kanadzie przez wspomnianego wcześniej kolegę Jasona w nakładzie 1049 egzemplarzy. Dysponuję też sporą reprezentacją zespołów fińskich, ale o tym już pisałem, więc może na tym zakończę swój wywód.

niedziela, 9 grudnia 2007

Jugo punk


Wydawałoby się, że z polskiej perspektywy zjawisko jugosłowiańskiej sceny nowofalowo - punkowej jest czymś wielce egzotycznym. Tymczasem na początku lat 80. bałkańskie zespoły cieszyły się nad Wisłą sporą estymą. W znacznym stopniu przyczynił się do tego początkujący wówczas dziennikarz muzyczny Grzesiek Brzozowicz, który wraz z rodzicami przebywał na placówce w Jugosławii. Po powrocie do ojczyzny popularyzował on wśród rodzimych punkowców formacje takie jak Vis Idoli, czy Elektrićni Orgazam. Drugi z tych zespołów wystąpił nawet w Warszawie w '81 roku. Dziennikarz "Polityki" Daniel Passent uznał plakaty reklamujące występ za przejaw fermentu i kontestacji ustroju socjalistycznego...
Po raz drugi scena ta została "odkryta" za sprawą projektu Yugoton (Yugoton to nazwa kultowej jugolskiej wytwórni płytowej). Kto z Was nie kojarzy dziś takich hitów jak "Malcziki"?(w oryginale wykonywane przez Idoli).
Na albumie tym jednak nie znalazł się ani jeden utwór moich faworytów - Pekinskiej Patki. Pochodząca z Novego Sadu grupa uchodzi za najwybitniejszego przedstawiciela jugosłowiańskiego punk rocka i do dziś cieszy się wielkim szacunkiem, nie tylko na Półwyspie Bałkańskim.
Zetknąłem się z nią dzięki Jasonowi, pochodzącemu z Kanady koledze mieszkającemu
na wrocławskim Wagenburgu (nazwa skłotu przyp. red.), który przegrał mi ich drugi i ostatni album zatytułowany "Strah od monotonije". Jakiś czas później udało mi się dorwać na Allegro winylową reedycję debiutanckiej "Plitkiej poeziji".
"Plitka poezija" ukazała się w 1980 roku nakładem Yugotonu. Zawierała materiał ewidentnie punkowy. Krótkie, szybkie, dynamiczne i melodyjne zarazem utwory były kwintesencją pierwszej fali punk rocka. Najmocniejsze punkty albumu to "Ori ori" i "Bolje da nosim kratku kosu", co znaczy mniej więcej tyle, że "lepiej nosić krótkie włosy" (http://www.youtube.com/watch?v=91nfRdFZLeY ).
Wielu ortodoksyjnych słuchaczy ceni Pekinską Patkę jedynie za debiutancki LP. Tymczasem, po zmianach personalnych (z oryginalnego składu ostał się wokalista Nebojsa Contić i perkusista Laci Pihler), zespół zmienił estetykę i zbliżył się w stronę mrocznego, inspirowanego The Cure czy Joy Division, post punka tudzież nowej fali. Efektem tych fascynacji był wybitny według mnie album "Strah od monotonije" z takimi perełkami jak "Apatija" czy "Sive eminencije". Niestety, wkrótce potem zespół zakończył działalność, a charyzmatyczny Contic wyemigrował do Kanady, gdzie, o ile dobrze się orientuję, zajął się pracą naukową (tytuł profesora).